„Jak tylko wyszłam od razu pierwszy telefon, jak tylko zamknęła się ze mną brama aresztu, wyjechaliśmy z panem mecenasem samochodem. Od razu był telefon od mojego męża, z drogi właśnie, i rozmawiałam po prostu z moim synem. Nigdy w życiu jeszcze nie byłam tak wzruszona jak podczas tej rozmowy z dzieckiem. Odliczam te minuty, aż go zobaczę. To jest ten moment, na który dwa miesiące czekałam. Żeby w końcu uścisnąć, wycałować mojego syna” - powiedziała Anna Wójcik w rozmowie z Telewizją wPolsce24. Była dyrektor Biura Prezesa Rady Ministrów - i przede wszystkim matka dziecka w spektrum autyzmu- zwolniona dziś z aresztu, połączyła się z redaktorem Bartoszem Łyżwińskim w połowie drogi do Warszawy.
CZYTAJ TAKŻE:
Dziś rano zapadła decyzja o uchyleniu aresztu Annie Wójcik, byłej pracownicy Biura Prezesa Rady Ministrów (w czasach rządu premiera Mateusza Morawieckiego). Niedługo później pani Anna wyszła na wolność i obecnie jest w drodze do domu. Od stycznia kobieta przebywała za kratami, ponieważ obciążające ją zeznania złożył Paweł Szopa (zmagający się z zaburzeniem psychicznym - klaustrofobią, a także obawą o bliską osobę). Dotychczas śledczy nie brali pod uwagę sytuacji rodzinnej kobiety, która wraz z mężem wychowuje dzieci, z których jedno jest w spektrum autyzmu, a ponadto ma zdiagnozowane ADHD. Dopiero dziś prokurator wziął pod uwagę opinię biegłego.
Anna Wójcik w drodze do domu
Pani Anna, w oczekiwaniu na męża, który zabierze ją do domu, połączyła się z Telewizją wPolsce24.
Chwilę temu opuściłam areszt, jestem jeszcze w Katowicach, ze swoim mecenasem. Czekam na męża, który „w połowie drogi” do Warszawy ma mnie przejąć. Jedzie z dziećmi, jestem najszczęśliwszą osobą dziś, bo po prostu za chwilę spotkam się z moim synem
— powiedziała redaktorowi Bartoszowi Łyżwińskiemu.
Dopytywana przez dziennikarza, czy już miała możliwość telefonicznej rozmowy z chorym dzieckiem, odpowiedziała:
Jestem w oczekiwaniu na spotkanie ze swoim dzieckiem, jestem bardzo, bardzo wzruszona. Jak tylko wyszłam od razu pierwszy telefon, jak tylko zamknęła się za mną brama aresztu, wyjechaliśmy z panem mecenasem samochodem. Od razu był telefon od mojego męża, z drogi właśnie, i rozmawiałam po prostu z moim synem. Nigdy w życiu jeszcze nie byłam tak wzruszona jak podczas tej rozmowy z dzieckiem. Odliczam te minuty, aż go zobaczę. To jest ten moment, na który dwa miesiące czekałam. Żeby w końcu uścisnąć, wycałować mojego syna.
Jego wzruszenie było przeogromne. Głos mu się łamał, łzy leciały. Była też chwila ciszy, milczenia. Te emocje zarówno ze mnie, jak i z niego muszą zejść,kiedy za niedługo będziemy mogli wpaść sobie w ramiona
— powiedziała rozmówczyni Telewizji wPolsce24.
Podziękowania dla dziennikarzy i widzów Telewizji wPolsce24
Anna Wójcik przyznała, że w areszcie miała możliwość oglądania m.in. Telewizji wPolsce24.
Bardzo, bardzo dziękuję państwu. Dziękuję widzom Telewizji wPolsce24. Kiedy byłam zamknięta w tej celi, oglądałam też państwa telewizję. I wiedziałam, że zarówno państwo redaktorzy, jak i widzowie, bardzo mocno trzymają za mnie kciuki. Jestem dozgonnie wdzięczna wszystkim państwu za to, że wsparliście mnie, wierzyliście, że nie może być po prostu w państwie takiej sytuacji, że matka chorego dziecka jest przetrzymywana w areszcie, a zabójca po prostu wychodzi na wolność
— powiedziała.
Odbieram to jako ogromną niesprawiedliwość. Nawet nie tyle niesprawiedliwość od losu, co niesprawiedliwość od ludzi, którzy po prostu mi ten los zgotowali. Zgotowali to mojej rodzinie, a przede wszystkim mojemu choremu synowi, ponieważ to jest niehumanitarne, żeby trzymać matkę chorego dziecka w areszcie, w momencie, kiedy dziecko jest chore
— podkreśliła pani Anna.
Byłam jego ostoją, byłam dla niego „trzonem” jego terapii i w pewnym momencie, w dniu 29 stycznia o 6:00 rano, po prostu ta więź została zerwana. Zostałam odizolowana na te dwa miesiące od własnego dziecka, od dziecka chorego, które potrzebuje matki, potrzebuje terapii, potrzebuje bliskości. Żaden organ państwa, żadna instytucja, nie jest w stanie zastąpić tej matczynej miłości, a przez to właśnie tej terapii w stosunku do własnego dziecka. Dzisiaj boję się, że po tych dwóch miesiącach to, co udało nam się wypracować jeszcze do stycznia – a trwało to już długo, ponieważ dziecko ma zdiagnozowane spektrum autyzmu od dłuższego czasu, więc po prostu każdy dzień to była terapia, to były rozmowy, to było wspieranie jego pasji, wspierałam go w każdym działaniu
— zaznaczyła.
„Trafiła kosa na kamień, nie udało się”
Czy Annie Wójcik składano w prokuraturze propozycje „nie do odrzucenia” w zamian za obciążenie jakiejś osoby zeznaniami?
Wprost nie usłyszałam, ale te wszystkie działania, zakucie mnie w kajdanki, włożenie kajdanek na ręce, na nogi, kwestia dziecka, dwa miesiące odizolowana od dziecka, sąd opiekuńczy. To są metody, którymi próbują złamać kobietę. Nikt nawet nie musiał mnie pytać wprost, czy coś powiem. Wystarczyło zastosować tego typu środki i takie metody, żebym po prostu sama w końcu pękła i być może coś powiedziała. Jednak tak jak powiedziałam: trafiła kosa na kamień, nie udało się
— odpowiedziała rozmówczyni Telewizji wPolsce24.
Redaktor Łyżwiński zapytał również o zakucie w kajdanki.
Kajdanki zostały mi założone w momencie kiedy byłam wywożona z aresztu do prokuratury na przesłuchanie, w momencie, kiedy policjanci mnie przejęli. Założyli mi kajdanki, następnie wprowadzona zostałam do samochodu, do tak zwanej suki, jak to się określa, i zostałam przewieziona do prokuratury
— wyjaśniła pani Anna.
W prokuraturze zostałam przeprowadzona, w tych kajdankach na rękach i na nogach, przez całą prokuraturę aż do gabinetu, gdzie miałam być przesłuchiwana. Przesłuchiwał mnie funkcjonariusz CBA, ponieważ pana prokuratora nie było podczas tej czynności
— dodała.
„Jak zbir, morderca, terrorysta”
W momencie, kiedy pojawili się moi panowie mecenasi i zobaczyli mnie skutą, więc nakazali w trybie pilnym rozkuć mnie. Poczułam się jak przewożony po prostu zbir, morderca, terrorysta a ja jechałam do prokuratury walczyć o zdrowie i życie mojego dziecka. Doświadczenie przeokropne, traumatyczne. Nie życzę nikomu takiego potraktowania
— wspominała pani Anna.
Pytana, czy po apelu adwokatów została rozkuta, odparła:
Zostałam rozkuta, ale powiem wprost, Panie Redaktorze: ja w ogóle nie jestem osobą, która by miała zagrozić komukolwiek, jestem z natury spokojną osobą, która nie zagraża nikomu, więc nie wiem, co w ogóle było przyczyną tego, że zostałam w ten sposób potraktowana. Absolutnie nikt nie powinien mnie w ten sposób potraktować.
„Każda minuta była jak godzina”
Moje życie legło w gruzach o godzinie 6:05, 29 stycznia, w momencie, kiedy funkcjonariusze CBA wkroczyli mi do domu. To jest nawet dla mnie, dorosłej kobiety, traumatyczne przeżycie, kiedy po prostu razem z mężem zostaliśmy odizolowani, w jednej sekundzie wyprowadzeni z domu, wywiezieni do Katowic, i pozostawiliśmy dwójkę dzieci, oprócz syna, mam 12-letnią córkę, i pozostawiliśmy w domu, w sypialniach, śpiące dzieci. Oczywiście, zapewniliśmy im opiekę, przyjechała osoba z rodziny, która się zajęła dziećmi, ale to jest straszne, doprowadzona byłam do zamknięcia i zero kontaktu z dziećmi. Głównie chodziło mi o dziecko, o to, jak mój syn autystyk po prostu obudzi się i zobaczy że że mnie nie ma
— dodała.
W areszcie każda minuta trwa jak godzina. Przychodzą najgorsze myśli, a ja jako matka, w zamknięciu, w celi, totalnie bezradna, przekazy tylko medialne, które do mnie docierały, bądź też od mecenasów, po prostu wzbudzały we mnie niesamowite emocje. To był „roller coaster”, świadomość, że jest tam moje dziecko, świadomość, że po prostu został sam z sobą, z tą chorobą, po prostu była dla mnie prawie że czynnikiem, gdzie nie mogłam funkcjonować tak naprawdę
— wspomina pani Anna.
A już informacja o tym, że prokuratura złożyła jeszcze wniosek do Sądu Opiekuńczego, gdzie zapis, artykuł 109 na który się powołała prokuratura, jest tak szeroki, łącznie z odebraniem praw rodzicielskich. Żadnej matce nie życzę tego co ja po prostu tam przeżyłam. Miałam załamanie psychiczne po tej informacji, ponieważ zdałam sobie sprawę z tego, że już wszystko jest tutaj chyba możliwe, co się może wydarzyć w stosunku do mojego dziecka i w stosunku do mnie
— podkreśla.
Te dwie doby od momentu, kiedy usłyszałam o tej informacji, do dnia wczorajszego tak de facto, chciałabym po prostu wymazać z pamięci, chciałabym po prostu wymazać. Tak traumatycznego przeżycia w swoim życiu to chyba nie miałam, jak te dwa dni które mną totalnie wstrząsnęły. Po tej informacji o wniosku do Sądu Opiekuńczego zadałam sobie pytanie, co ja takiego złego, niewłaściwego zrobiłam w stosunku do swojego dziecka ,że państwo po prostu w ten sposób mnie traktuje
— dodaje.
„Łzy lały mi się godzinami”
Po przeczytaniu listu mojego syna łzy lały mi się godzinami. Emocje, które mi wtedy towarzyszyły, trudno jest mi opisać
— wspominała.
Absolutnie, nie czuję się winna. To, że znalazłam się za kratami, odbieram jako wielką, wielką niesprawiedliwość
— dodała.
Kalendarz na kartce w kratkę
Pani Anna wyraziła wdzięczność wobec swoich obrońców: mec. Adama Gomoły i mec. Krzysztofa Wąsowskiego.
Włożyli naprawdę bardzo dużo pracy w to, abym dzisiaj mogła tutaj z państwem rozmawiać, ale też dziękuję bardzo wszystkim, którzy trzymali mocno kciuki za mnie, którzy wierzyli w to, że w końcu wyjdę. Dziękuję też państwu, dziękuję całej redakcji, dziękuję widzom telewizji. po prostu wszystkim bardzo serdecznie dziękuję, bo też nie ukrywam, że na pewno ta siła, która y spowodowała że ja tutaj jestem była ogromna
— podkreśliła.
Pytana o swoje plany na najbliższy czas, odpowiedziała:
A co do planów, to nie ukrywam że już z zegarkiem, którego przez dwa miesiące nie miałam w areszcie, czekam aż po prostu tutaj podjedzie mój mąż z moją dwójką dzieciaków i plany chyba będą takie, że jutro nie pójdą do szkoły. Myślę, że spędzimy ten czas na pewno wiele wiele godzin ze sobą, bo jest co nadrabiać. Jezcze nigdy przez dwa miesiące nie opuściłam moich dzieci tak, żeby ich nie widzieć.
Dziennikarz Telewizji wPolsce24 zwrócił uwagę także na fakt, że zbliżają się Święta Wielkanocne.
Tak. Jeszcze jedną rzecz powiem panu i widzom, którzy tutaj słuchają mnie: 25 kwietnia mój syn obchodzi 14. urodziny. W celi miałam taki kalendarz zrobiony ręcznie na kartce, gdzie po prostu skreślałam każdy dzień i zaznaczyłam sobie dzień 25, postawiłam takie serduszko i pomyślałam sobie: „Boże jak ten syn spędzi te urodziny bez swojej mamy?”. Zawsze, od pierwszego roku życia ta cała rodzina, mama przy nim była, z tortem, ze świeczkami. Gdy patrzyłam na ten zakreślony 25 kwietnia na tej kartce w kratkę, po prostu łzy mi stały w oczach. Ale teraz ten 25 kwietnia, to będzie drugi najwspanialszy dzień, bo wierzyłam w to, że po prostu musiało tak się stać, że jednak w dzień urodzin mojego syna musiałam z nim być
— podkreśliła.
Pani Anna, pytana o to, jak widzi przyszłość Polski i czy jest szansa na poprawę, odpowiedziała:
Zacznijmy od 18 maja, później 1 czerwca, i jeżeli tu będzie dobrze, to wierzę w to że będzie już później dużo, dużo lepiej.
jj
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/725680-anna-wojcik-rozmawiala-juz-z-synem-odliczam-minuty